Petycja do Prezesa Sądu Okręgowego w Koninie

W związku z bezprawnymi i drastycznymi zachowaniami sędziego Przemyslawa Kowalskiego, polegających wydaniu bezprawnego zakazu rejestracji rozprawy, zastraszania dziennikarza i czynienia mu zarzutu z tego, że ów w ogóle przyszedł do sądu – kierujemy dzisiaj petycję do Prezesa Sądu Okręgowego w Koninie, której kopię zamieszczamy poniżej.

 

Zaszufladkowano do kategorii Dziennikarstwo obywatelski, Jawność postępowania | 4 komentarze

Zwrócił kierowcy radiowozu uwagę, że je lody. Został skazany…

Artur Mezglewski

Pan Łukasz – podczas kontroli drogowej – zwrócił uwagę policjantowi, że podczas prowadzenia radiowozu nie powinien jeść lodów.  Spotkała go za to represja: został przez policję oskarżony o to, że wyprzedzając motocyklem zabytkowym samochód poruszający się po tym samym pasie ruchu najechał na linię ciągłą (co było nieprawdą), a następnie został skazany za to wykroczenie przez Sąd Rejonowy w Koninie.

Podczas przewodu sądowego ów policjant – zanim złożył zeznania jako świadek – przysłuchiwał się wyjaśnieniom obwinionego, a następnie te wyjaśnienia komentował. Taki sposób „dowodzenia” zaordynował prowadzący sprawę sędzia Przemysław Kowalski. Sędzia – chociaż nie miał takiego prawa – zakazał prasie filmowania tego incydentu.  W dniu 30 września 2022 r. odbędzie rozprawa odwoławcza przed Sądem Okręgowym w Koninie.

I. Opis zdarzenia oraz zarzuty

Zdarzenie miało miejsce w dniu 21 sierpnia, w ciągu drogi krajowej nr 25 – na wylocie z miasta w kierunku Inowrocławia. Droga 25 w tym miejscu była zakorkowana, a ruch odbywał się pulsacyjnie. Pan Łukasz wyprzedził radiowóz, który ustąpił mu miejsca, a następnie wyprzedził lub ominął jeszcze cztery samochody, które stały lub bardzo wolno poruszały się pulsacyjnie. W tym momencie zobaczył w lusterku sygnały świetlne i dźwiękowe. Policjant wydał mu nakaz zjechania na najbliższy parking.

Sierżant Gruchalski liże loda.

Po zatrzymaniu się, na parkingu, odbyła sie konwersacja pomiędzy sierżantem sztabowym Maiuszem Gruchalskim a panem Łukaszem. Sierżant Gruchalski w czasie rozmowy cały czas lizał loda.

  • Policjant: ładnie to tak wyprzedzać na podwójnej ciągłej”?

  • Pan Łukasz: można wyprzedzać jednośladem na podwójnej ciągłej, jeśli nie najeżdża się na linię ciągła;

  • Policjant: taki pan mądry?…

  • Pan Łukasz: a można tak jeść loda za kierownicą?

Na te słowa policjant bardzo się zdenerwował i powiedział: „jeszcze zobaczymy, kto jest taki mądry”…

 

Jak się później okazało sierżant Gruchalski nie był gołosłowny. Do Sądu Rejonowego w Koninie został skierowany wniosek o ukaranie, a Pan Łukasz stanął pod dwoma zarzutami:

  1. niezastosowania się do znaku P-4 „linia podwójna ciągła” i najeżdżania na nią podczas manewru wyprzedzania;

  2. niezachowania bezpiecznej odległości od pojazdu wyprzedzanego.

    Sprawę zarejestrowaną pod sygnaturą II W 116/21.

II. Przewód sądowy, czyli sceny dantejskie

To, co działo się w przewodzie sądowym pana Łukasza było przerażające. Tak drastycznie niepraworządnych reakcji sądu nie doświadczyliśmy w czasie naszej kilkunastoletniej działalności. A oto scena po scenie.

Scena 1. Czy sąd był gotów skazać nawet umarłego?

Proces zaczął się od tego, że obrońca złożył wniosek o umorzenie postępowania ze względu na przedawnienie karalności czynu. Od chwili popełnienia czynu minął bowiem rok, a w tym czasie sprawa nie została prawidłowo wszczęta.

W postępowaniu wykroczeniowym (art. 5 k.p.w.), podobnie jak w postępowaniu karnym (art. 17 k.p.k.) określono przesłanki procesowe, od których uzależnione jest wszczęcie lub dalsze prowadzenie postępowania. Do kategorii takich przesłanek należy m. in. przedawnienie, brak skargi upoważnionego oskarżyciela, śmierć obwinionego. Przesłanki te stanowią przeszkody procesowe uniemożliwiające prowadzenie postępowania. Zgłoszenie wątpliwości w przedmiocie przesłanki negatywnej obliguje sąd do jej natychmiastowego rozpatrzenia. Sąd nie ma prawa prowadzić postępowanie, gdy tego rodzaju wątpliwość zostaje zgłoszona.

Sędzia Przemysław Kowalski zgłoszonej przez obrońcę wątpliwości co do negatywnej przesłanki procesowej nie rozpatrzył – zapowiadając jej rozpatrzenie dopiero w wyroku. Jednak ogłaszając wyrok w ogóle się do niej nie odniósł… Zapomniał…

Wobec powyższego postawione w podtytule pytanie jest zasadne: czy sędzia prowadziłby sprawę aż do wydania wyroku, gdyby zgłoszono w trakcie przewodu inną przesłankę negatywną tej samej rangi, jaką jest śmierć obwinionego?…

Scena 2. Pogwałcenie najbardziej podstawowych zasad postępowania dowodowego

W teorii prawa dowodowego podnosi się, że czynność przesłuchania świadka powinna być przeprowadzana w warunkach izolacji świadka od stanów i okoliczności, które mogłyby wpływać na wiarygodność zeznań. Na świadkach nie można wywierać żadnych nacisków, jak też nie należy świadkom sugerować, co mają powiedzieć. Ponadto – co niezwykle istotne – świadkowie, którzy nie złożyli zeznań nie powinni się kontaktować ze świadkami, którzy zeznania już złożyli, jak też na sali sądowej nie mogą pozostawać świadkowie, którzy zeznania dopiero mają składać.

Sędzia Przemysław Kowalski naruszył wszystkie powyżej wyliczone zasady:

  1. świadkowie (policjanci) przesłuchiwani byli na odrębnych terminach rozprawy – a zatem mogli się ze sobą kontaktować (pracują razem, pełnią służbę w tym samym patrolu);
  2. na świadków wywierany był wpływ, co do tego, co mają zeznawać – a to w ten sposób, że:
  • świadkowi odczytano wyjaśnienia obwinionego,
  • sąd zadawał pytania w sposób sugerujący odpowiedź
  • sąd nakazał świadkowi-policjantowi pozostanie na sali rozpraw przed złożeniem przez niego zeznań – a w tym czasie przysłuchiwał się on wyjaśnieniom obwinionego. W ten sposób świadek miał możliwość złożenia zeznań przeczących twierdzeniom obwinionego.

Najpoważniejszym zarzutem odnośnie postępowania dowodowego było jednak to, że Sąd oddalił wniosek dowodowy obrońcy obwinionego o zwrócenie się do Google maps o nadesłanie osi czasu pana Łukasza, która dokumentuje miejsce i czas jego przejazdu  w dniu zdarzenia – który to dowód rozwiałby wszelkie wątpliwości, co do tego, która z wersji przebiegu zdarzenia jest prawdziwa: wersja podana przez obwinionego, czy też wersja podana przez policjantów.

Pan Łukasz miał w dniu zdarzenia aktywowaną w Google maps funkcjonalność tzw. osi czasu. Włączenie tej funkcji oznacza, że Google mps rejestruje całą trasę przejazdu klienta tej funkcji oraz prędkość przejazdu. Obwiniony załączył do akt sprawy wydruk z osi czasu zawierający standardowe informację udostępniane przez Google maps swoim użytkownikom. Google maps gromadzi jednak informacje bardziej szczegółowe. Na podstawie tych informacji można byłoby odtworzyć metr po metrze całą trasę przejazdu obwinionego na terenie miasta Konin. Przeprowadzenie tego dowodu z całą pewnością wykluczyłoby jedną z wersji zdarzenia: wersję obwinionego lub wersję policjantów.
Sąd Rejonowy oddalił wniosek dowodowy, który zmierzał do obalenia prawdziwości twierdzeń policjantów – jako nie mający znaczenia dla rozstrzygnięcia sprawy – a następnie stwierdził w ustnych motywach wyroku, że „Sąd nie doszukał się żadnej okoliczności, z której wynikałoby, żeby policjant miał zeznawać nieprawdę”. Sąd z całą pewnością doszukałby się takiej okoliczności, gdyby przeprowadził zawnioskowany dowód z analizy osi czasu Google maps.

Scena 3. Zakaz nagrywania rozprawy i zastraszanie dziennikarza

W świetle obowiązujących przepisów sąd nie ma prawa zabronić dziennikarzowi nagrywania rozprawy. Informowanie społeczeństwa o jawnych procesach sądowych jest prawem i obowiązkiem prasy. Sędzia Przemysław Kowalski – dostrzegając na sali rozpraw obecnego dziennikarza – zaczął zachowywać się w sposób anormalny. Zastraszał dziennikarza i czynił mu zarzut z tego, że wszedł on na salę rozpraw, aby zlożyć wniosek o rejestrację rozprawy. Bezprawnie zabronił mu dokonywania rejestracji obrazu i dźwięku. Dziennikarz nie mógł np. zarejestrować tego, jak obecny na sali  sądowej świadek-policjant przysłuchuje się wyjaśnieniom obwinionego. Poniżej publikujemy to, co zostało zarejestrowane.

 

Scena 4. Sąd skazał Pana Łukasza za czyn, który nie stanowi wykroczenia

Sędzia Przemysław Kowalski przyjął w wyroku określony stan faktyczny, ustalony na podstawie zeznań policjantów, jednakże nie dokonał prawidłowej subsumcji, tzn. nie przyporządkował tego stanu faktycznego do obowiązujących norm prawnych. W szczególności naruszył przepisy prawa materialnego, tj. art. 16 ust. 4 p.r.d. w zw. z art. 3 ust. 3 p.r.d w zw. z art. 92 § 1 k.w. poprzez ich niezastosowanie, co spowodowało, że w sposób nieprawidłowy ustalił obowiązki poszczególnych uczestników ruchu drogowego w związku ze zdarzeniem opisanym w zarzucie nr 1 wniosku o ukaranie.
Stan faktyczny ustalony przez Sąd jest następujący:

• obwiniony wyprzedzał jadący przed nim samochód;
• podczas wykonywania manewru wyprzedzania samochód ten jechał z prędkością ok. 50-/60 km/h w odległości 30-40 cm od osi jezdni wyznaczonej podwójną linią ciągłą.

W ocenie powyższego stanu faktycznego Sędzia Kowalski pominął jednak dwa kluczowe zagadnienia:

  1. kierowca wyprzedzanego samochodu nie stosował się do określonego w art. 16 ust. 4 p.r.d. obowiązku ruchu prawostronnego nakazującego jazdę możliwie blisko prawej krawędzi jezdni, utrudniając tym samym wyprzedzanie i stwarzając sytuację zagrożenia w ruchu drogowym;
  2.  w celu uniknięcia zderzenia z wyprzedzanym pojazdem pan Łukasz zmuszony został do zastosowania art. 3 ust. 3 p.r.d., który stanowi, że „jeżeli uczestnik ruchu lub inna osoba spowodowała jednak zagrożenie bezpieczeństwa ruchu drogowego, jest obowiązana przedsięwziąć niezbędne środki w celu niezwłocznego usunięcia zagrożenia. Skutecznym zaś sposobem uniknięcia zagrożenia było wykonanie manewru wyprzedzania poza pasem ruchu – poprzez poruszanie się szerzej – aż po linii ciągłej wyznaczającej oś jezdni.

Ad. 1)
Naruszanie obowiązku, o którym mowa w punkcie 1) stanowi w pragmatyce sądowej podstawę, czy też element zarzutu – w przypadku, gdy niestosowanie się do w/w nakazu stanowi jedną z przyczyn zaistnienia kolizji, czy też wypadku drogowego.

Ad. 2)
Sędzia Przemysław Kowalski nie uwzględnił faktu, iż obwiniony w związku z powstałym stanem zagrożenia – na podstawie art. 3 ust. 3 p.r.d. – był zobowiązany do zastosowania zasady bezpieczeństwa poprzez podjęcie manewru obronnego, który polegał na zjechaniu poza prawy pas ruchu, na linię oddzielającą pasy ruchu – w celu uniknięcia zderzenia z pojazdem wyprzedzanym, który utrudniał wyprzedzanie.

Zauważyć należy, iż w doktrynie oraz w orzecznictwie podkreśla się, że zasady bezpieczeństwa nie muszą pokrywać się z przepisami ruchu.Wskazuje się ponadto, że między przepisami ruchu a zasadami bezpieczeństwa ruchu mogą zachodzić stosunki:

  • zgodności, w których przestrzeganie przepisu oznacza zachowanie zgodne z zasadami bezpieczeństwa,
  • sprzeczności, w których dyrektywa wynikająca z przepisów może pozostawać w sprzeczności z tą, jaka wynika z zasad bezpieczeństwa ruchu,
  •  braku relewancji, w których przestrzeganie czy naruszenie przepisu względem zasady bezpieczeństwa ruchu jest obojętne.

Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 16 sierpnia 1961 r. (I K 559/60, PiP 1962/7) zwrócił ponadto uwagę, że „zachowanie przez kierowcę ostrożności lub stwierdzenie nieostrożności nie zawsze pokrywa się z przestrzeganiem lub nieprzestrzeganiem określonego przepisu administracyjno-drogowego. W pewnych sytuacjach zachowanie ostrożności może dyktować potrzebę naruszenia określonego przepisu regulującego ruch drogowy (…) Kierowca nie może przeto skutecznie bronić się przed zarzutem nieostrożności tym, że nie naruszył żadnego przepisu administracyjno-drogowego, a nawet tym, że postąpił zgodnie z istniejącym nakazem albo zakazem drogowym, jeżeli fachowa ocena jego zachowania się w konkretnej sytuacji drogowej z punktu widzenia umiejętności prowadzenia pojazdów na drogach publicznych dyktuje wniosek, że nie zachował on ostrożności wymaganej dla wykonywania zawodu lub czynności kierowcy. I odwrotnie – naruszenie przez kierowcę takiego lub innego nakazu lub zakazu drogowego nie daje podstaw do ścigania karnego”.

Rozprawa apelacyjna odbędzie się w dniu 30 września 2022 r. w Sądzie Okręgowym w Koninie.  o godz. 12:40, w sali 102. Sprawę zarejestrowano pod sygnaturą II Ka 230/22.

Zaszufladkowano do kategorii Bezstronność sądu, Interwencja dziennikarska, Jawność postępowania, Negatywne przesłanki procesowe, Policja, Wyprzedzanie | 5 komentarzy

Lublin. Wybieraj parkingi prywatne. Nie paś lubelskich capów

Artur Mezglewski

Sympatyczny koziołek wspinający się na zieloną latorośl jest symbolem miasta Lublin. I to może zmylić przypadkowego wędrowca, gdyż Lublinem rządzą zwyczajne capy, a nie koziołki. Dotyczy to w szczególności zarządu strefy płatnego parkowania. Opłaty w lubelskiej strefie są znacznie droższe od więkoszości paringów prywatnych. Obsługa strefowych parkomatów jest skomplikowana. Działają one wolno i blokują karty płatnicze (jeśli włożysz je niewłaściwą stroną). Miasto Lublin przetwarza dane twojego samochodu – czego nie uświadczysz na parkingach prywatnych. A ponadto użytkownik strefy może się zdziwić tym, że zanim wykupi bilet w najbliższym parkomacie – karną opłatą dodatkową już będzie miał za wycieraczkę. W dniu dzisiejszym coś podobnego przeżyłem.

  1. Cennik parkingowy (omawiamy jedynie strefę A)

Strefa Płatnego Parkowania w Lublinie (Fot. Krzysztof Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Według stanu na dzień dzisiejszy obowiązują następujące ceny  w strefie płatnego parkowania  w centrum miasta: pierwsza godzina – 3,90, druga godzina – 4,60, trzecia godzina – 5,50. Zakładając trzygodzinny  postój – jest to cena niższa o 1 złoty od najdroższych parkingów prywatnych w mieście. Większość parkingów prywatnych pobiera stawkę 4 zł lub 4,50 za godzinę. Są jednak i takie parkingi, gdzie zaparkować możemy za 3 zł, a nawet za 2 zł za godzinę.  I to w ścisłym centrum miasta.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, iż kilka dni temu Rada Miasta zatwierdziła w Lublinie warszawskie stawki opłat parkingowych, które niebawem wejdą w życie. Stawki te będą następujące: pierwsza godziny – 4,50, druga godzina – 5,40, trzecia godzina – 6,40. Nie wiadomo jeszcze, jak na te podwyżki zareagują właściciele parkingów prywatnych.

Napomknąć także należy, iż lubelska strefa ciągle się powiększa. Na ostatniej sesji  Rady Miasta znowu dosztukowano do strefy nowe terytoria. Mimochodem też wydłużono o godzinę (i jak się wydaje bez potrzeby) czas obowiązywania opłat za parkowanie – do godz. 18:00.

2. Przetwarzanie danych o pojeździe

Przetwarzanie danych o numerze rejestracyjnym pojazdu już specjalnie nikogo nie dziwi. Większość miast – dla własnej wygody – takie dane przetwarza. Ludzie przyzwyczajają się do tego standardu – chociaż to jest zły standard, a przetwarzanie całego numeru rejestracyjnego zaparkowanego pojazdu nie jest konieczne dla realizacji celu – i być może jest bezprawne. Trzeba bowiem mieć świadomość, że w pewnych wypadkach informacja o numerze rejestracyjnym pojazdu prowadzi do ujawnienia danych osobowych. A to już jest niedopuszczalne. A zatem inwigilacja prowadzona przez Lubelski Ratusz jest czymś złym – i nie ma dla mnie znaczenia, że inni samorządowcy są nie lepsi.

Na lubelskich parkingach prywatnych (nie wiem, czy na wszystkich) nikt naszych danych nie przetwarza.

3. Funkcjonalność parkometrów

Lubelskie parkometry nadają się na złom. Ich interfejs jest mały, nieczytelny i nieintuicyjny. Także dlatego, że urządzenia te zaprogramowane zostały nie tylko do pobierania opłat za parkowanie, ale także do przyjmowania opłat (kar) dodatkowych. Tę funkcję zaprogramował jakiś stary głupi, lubelski cap. Przecież każdy ma obecnie konto internetowe i stosowną opłatę – bez żadnego trudu – uiścić może z domowego komputera, czy też przy użyciu telefonu. Ale pazerny cap umyślił sobie, że jak taką funkcjonalność w parkometrze zainstaluje, to się bardziej napasie.

W Lublinie trzeba uważać, aby kartę debetową włożyć akurat tą stroną, która ma się włożyć. Włożenie karty inną stroną kończy się zablokowaniem karty i nałożeniem opłaty dodatkowej. Nie ma bowiem możliwości zapłacenia za parkowanie po odzyskaniu karty. Trzeba capa napaść opłatą dodatkową.

Parkometry w lubelskiej strefie działają wolno. Żeby zapłacić za postój – obojętne czy kartą, czy bilonem – trzeba wykonać kilka operacji. Po każdej operacji, a szczególnie po zapodaniu numeru rejestracyjnego, parkometr  dłuższą chwilę je „trawi”.  Z dokonaniem opłaty trudno uporać się w minutę.

A jak jest na parkingach prywatnych? Ano tak:

  • opcja 1: podchodzisz do parkomatu, wrzucasz 4 zł i zatwierdzasz zielonym – i bilet się drukuje;
  • opcja 2: podchodzisz do parkometru, wkładasz kartę debetową, zatwierdzasz zielonym – i bilet się drukuje. A jeśli planujesz dłuższy pobyt niż godzinę, to musisz wykonać jeszcze jedną opercję – zanim zatwierdzić zielonym. Trzeba wówczas nacisnąć jeszcze niebieski +.

4. Zanim zdążysz wygenerować bilet – już masz karę

 W dniu dzisiejszym spotkała mnie taka oto nieprzyjemna przygoda. Zaparkowałem samochód na ul. Narutowicza. Szukając wzrokiem parkometru – znalazłem go po przeciwnej stronie ulicy. Podszedłem więc i chwilę czekam (nie więcej niż 15 sekund) aż kobieta skończy swoją transakcję. Kobiecie nawyraźniej „nie poszło”, gdyż odeszła od parkomatu bez dokonania opłaty. Musiałem po niej „posprzątać” tzn. musiałem wcisnąć przycisk „zakończ operację”. Gdy to zrobiłem zatwierdziłem opcję 1 – tzn., że chcę kupić bilet (a nie np. samolot). W dalszej kolejności wykliknąłem numer rejestracyjny – a po dokonaniu tej czynności chwilę czekałem, aż kółko przestanie się kręcić.

W tym momencie coś mnie tknęło i spojrzałem na drugą stronę ulicy – w stronę samochodu. Patrzę i oczom nie wierzę – oto właśnie poborca capa wymierza mi swoim telefonikiem karę grzywny (opłatę dodakową). Więc krzyczę do niego spod parkometru – „co robisz łajzo, przecież kupuję bilet”? A ten mi wrzeszczy, że gdzieś tam stoi parkometr, przy którym nie ma kolejki. Na to ja mu wrzeszczę, że przy tym też nie ma kolejki!

I w tym momencie zareagował stojący w pobliżu menel, i wyzwał mnie od pedałów, bo zachowują się zbyt głośno. I taka właśnie spotkała mnie dzisiaj przykrość. Gdybym jednak poborcy capa nie dostrzegł i nie wrzasnął – miałbym właśnie do opłacenia 150 zł. To mi rekompensuje nieprzyjemne doznania ze strony menela – bo nie napasłem lubelskich capów karą dodatkową.

 

Zaszufladkowano do kategorii Parking, Parkowanie, Strefa płatnego parkowania | 5 komentarzy

Kolejny wyrok w sprawie odmowy dokonania samodenuncjacji (art. 96 § 3 k.w.)

Artur Mezglewski

Sąd Rejonowy w Pińczowie uniewinnił właściciela pojazdu, który pomimo żądania Policji, odmówił dokonania samodenuncjacji. Komenda Powiatowa Policji w Pińczowie nie wniosła apelacji, a zatem wyrok jest prawomocny. Poniżej przedstawiamy motywy, na których przedmiotowy wyrok został oparty. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Niewskazanie kierującego, Policja | 3 komentarze

Sędzia w krótkich spodenkach i sandałkach

Artur Mezglewski

W Lublinie mamy dwóch sędziów, którzy mają kłopoty z dopasowaniem dress code do okazji. Jeden przychodzi na rozprawy w krótkich spodenkach i sandałkach, a drugi w spodniach à la Jurek Owsiak. Obaj potwierdzają wyniki badań przeprowadzonych przez naukowców z Yale School of Management, że porządek w stylu to przede wszystkim porządek w głowie…

Negatywnym bohaterem dzisiejszego materiału jest sędzia Wiesław Pastuszak z Sądu Okręgowego w Lublinie  – czyli ten od  krótkich spodenek i sandałków. „Bohater” wsławił się tym, iż utrzymał w mocy wyrok skazujący  pana Kamila za to, że w określonym terminie nie wskazał na żądanie straży miejskiej samego siebie jak sprawcy wykroczenia z art. 97 k.w. 

Pikanterii dodaje fakt, że żądanie straży miejskiej do pana Kamila  nie dotarło, gdyż nie mieszkał on pod adresem, pod który wysłano pismo. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Negatywne przesłanki procesowe, Niewskazanie kierującego, Postępowanie przed sądem, Straż gminna (miejska) | 2 komentarze

Sąd Rejonowy Poznań Grunwald i Jeżyce – czyli gdzie jest Yeti, o którym mówią, że istnieje, ale mało kto go widział…The Show Must Go On…

Jędrzej Kitowicz

W tymże sądzie toczy się słynna sprawa 4 (w tym 3 już emerytów) policjantów z poznańskiej drogówki oskarżonych przez prokuraturę o przestępstwa zagrożone karą więzienia do lat 8. Czyli to nie są żarty… Tej grozie przeczy jednak atmosfera panująca przed salą i przed gmachem sądu, która przypomina raczej piknik pod wiszącą skałą. Swobodne rozmowy, wymiana poglądów i opinii dotyczących toczącej się sprawy.

Akt I – czyli świadkowie

oznorMB

Świadkowie zeznają – co pamiętają (przypominamy, że dotyczy to zdarzenia z 2019 roku). Są to od dawna powszechnie znane fakty, bo nic się w policji nie ukryje… Są też odczytywane ich wcześniejsze zeznania. Zeznania złożone na sali rozpraw są w zasadzie zgodne z odczytanymi zeznaniami złożonymi w śledztwie. Niczego nowego na sali nie ujawniono ponad to, co jest od lat powszechnie znane – w tym, co już opublikowano w środkach masowego przekazu. Zachowania świadków spokojne i nienaganne. Zeznania spójne i logiczne. Motywem powtarzającym się w zeznaniach jest element nacisku, czy wręcz poleceń w kierunku przypisania uszkodzenia szyby radiowozu osobie spoza kręgu policyjnego (materiały m.in. na stronie Stowarzyszenia Prawo na Drodze, Głosu Wielkopolskiego, Gazety Wyborczej, Onetu, Skargi, mediów elektronicznych… W sumie wiadomo o ok. 45 materiałach prasowych dotyczących tej sprawy – choć było ich więcej, bo dochodzi nieznana ilość z radia i TV).
A na forach wrzało i wrze.. Sprawę ujawnił Głos Wielkopolski, do którego o pomoc zwrócili się zbulwersowani policjanci i zdali szczegółową relację. W serii artykułów ujawniono szczegółowe informacje które wywołały lawinę…
A ta lawina ujawniła patologię części formacji, która ma stać na straży prawa, ładu i porządku… Jest też strona pozytywna, gdyż część policjantów nie dała się złamać i stąd ta afera ujrzała światło dzienne… BRAWO WAM! Szacunek szkieły!

Akt II – czyli sąd i obrońcy

Nigdy w dziejach nie widzieliśmy tak niemrawych obrońców jak ci którzy mają reprezentować oskarżonych. Nawet na meczach IV Ligi amatorskiej. A obserwowaliśmy grubo ponad 300 rozpraw – w tym osób przysyłanych chyba w zastępstwie, raczej nie przygotowanych i milczących. I nie zadających żadnych pytań świadkom… Niemrawych…
Nieszczęsne ochędóstwo, żałosne ubiory…
Pewnym wyjątkiem jest obrońca, zwany gdzieniegdzie pieszczotliwie dziadkiem, który lubuje się w słodkich glissandach … Co też spotkało się z reakcją Sądu, który w kilku przypadkach uchylał te – ponoć pytania do świadka – jako powtarzające się. Dobre i to…Tenże sam nie chce, nie potrafi zadać świadkom konkretnych pytań, płynąc po niezmierzonych i wzburzonych oceanach intelektualnej improwizacji, co powoduje, że sędzia, z anielską cierpliwością, rzuca mu koła ratunkowe przy układaniu logicznych zdań… Tenże dziękuje Sądowi formułką, że właśnie o to mu chodziło… O innym obrońcy, nazwanym umownie „człowiekiem w czarnym kitlu”, powiemy tylko tyle, że bywa na sali, ale bardzo rzadko włącza się czynnie do przebiegu rozprawy… Niemrawy…
O czasy, o ludzie…
Jeden z oskarżonych zadawał pytania sugerujące odpowiedź – co wywołało protest pewnego dziennikarza oraz niesłychanie spokojnej dotąd pani prokurator… Przy tym godnym uwagi jest fakt, że na kolejnych rozprawach pojawiają się tylko dwaj, ciągle ci sami,  oskarżeni. A nie stawiają się inni z dwóch pozostałych oskarżonych. I tym samym pozbawiają się prawa do aktywnej obrony… Poddali się, czy taką przyjęli linię obrony?
Na jednej z rozpraw, jakby lekko zażenowana, sędzia wytacza armatę przeciw wróblom i strzela w stronę prasy, że do Sądu wpłynęły pisma donoszące, że prasa ujawniła nazwiska i wizerunki oskarżonych (jak się należy domyślać dotychczas nikomu nie znane…), a także zeznania złożone przed sądem, co może spowodować, że inni świadkowie mogą to jakoś wykorzystać przy składaniu zeznań (a przynajmniej tak to zrozumiano…) To może trzeba było ich odizolować na czas do zapadnięcia prawomocnego wyroku…. I w związku z tym zabrania rejestracji obrazu, zgadzając się na rejestrację tylko dźwięku. I nie kieruje tego do konkretnego dziennikarza, ale zabrania wszystkim. Czyżby odpowiedzialność zbiorowa? Na pytanie: co to konkretnie za materiały i czy Sąd je widział? –  sędzia z rozbrajającą szczerością oświadcza, że nie widziała…
Także „człowiek w czarnym kitlu” (zapewne obrońca, który słownie zgłaszał o tym Sądowi z równie rozbrajającą szczerością) oświadcza, że on wprawdzie nie widział takiego materiału,  ale mu powiedzieli… Na pytanie: co to za konkretny materiał i gdzie można znaleźć chwat odpowiada, że pewnie na stronie Sądu… A tak na marginesie, to z ogólnie dostępnych relacji wideo i zdjęć z rozpraw wynika, że był to częściowo czas epidemii i prawie wszyscy na sali mieli twarze zasłonięte maskami ochronnymi, bo takie wtedy obowiązywało prawo. W innych relacjach widać przedziwnie zamaskowane twarze oskarżonych, co wywiera i smutne, ale i humorystyczne wrażenie… (skojarzyło się to od razu ze znakomitym filmem Jeżdziec bez głowy…). Można i tak… Absurdalnie zresztą.
Wokanda od zawsze jest w gablotach przed salami rozpraw, w miejscu ogólnie dostępnym,  gdzie każdy może wejść i się zapoznać i wejść na salę, bo to mu gwarantuje przecież Konstytucja… Taka ciekawostka…
Na ostatniej rozprawie sędzia błyskawicznie znów zabrania rejestracji obrazu mówiąc, że zgadza się jeno na rejestrację dźwięku. I powołuje się na Art. 357 Kodeksu Postępowania Karnego… (tyle, że dziennikarze nie zdążyli jeszcze złożyć wniosków o rejestrację… ). A przywołany Art. 357 Kodeksu Postępowania Karnego brzmi tak : „Sąd zezwala przedstawicielom środków masowego przekazu na dokonywanie za pomocą aparatury utrwaleń obrazu i dźwięku z przebiegu rozprawy.” Nie ma w nim mowy o jakiejkolwiek warunkowości. Takie formalne zezwolenie obowiązuje niejako z mocy prawa. Więcej, często sądy w ogóle nie wymagają składania takich wniosków… Taki zakaz uniemożliwia obiektywną 1:1 ocenę pewnych spraw, bo zapamiętany obraz na pewno się różni od beznamiętnej relacji wideo, która jest podstawą do szczegółowej analizy, klatka po klatce. Bo np.mowa ciała może być ważniejsza od wypowiedzianych słów.
Czy zakaz rejestracji wideo leży w interesie Wymiaru Sprawiedliwości? Na pewno nie. Czy nie jest zatem pożądanym przedstawienie pełnej relacji audio-wideo, aby każdy mógł wyrobić swoje zdanie? Na zasadzie swobodnej oceny materiału. Na takie materiały czeka społeczeństwo, w tym tysiące policjantów. A ewentualny komentarz autora można zamieścić po obejrzeniu – wyraźnie go jednak odcinając od relacji. Toż to podstawowy obowiązek dziennikarza: dojście do prawdy, co jest przecież zgodne z zadaniem Sądu. Czy lamenty oskarżonych i ich obrońców przeważają nad uzasadnionym interesem społecznym, którym jest poznanie prawdy? Swoją drogą zadziwia brak rejestracji przez Sąd tak poważnej sprawy, bo na sali nie ma kamer i monitora. Sąd zasugerował, aby ten problem zgłosić do Ministra Sprawiedliwości. Zapewne będzie taki wniosek, bo koszt wielki nie jest a materiał nagrany jest bezdyskusyjny. Problem istotny, bo pod adresem dziennikarzy padają uwagi, że prasa manipuluje materiałem, nie zamieszczając relacji wideo. Wyjaśniamy, że to nie decyzja dziennikarzy.

Czyli: kto się boi i dlaczego rejestracji rozpraw w formie audio-wideo?

PS. Jeszcze na korytarzu sądowym, a potem przed sądem w ruch idą telefony i składane są komuś relacje. A za kilka minut zapytanie: znowu zabronili wam nagrywania ? Jakie uzasadnienie?

Część III – czyli prasa czyli rozważania teoretyczne …

Jak powszechnie wiadomo podstawowym i najważniejszym aktem prawnym obowiązującym w naszym kraju jest : „Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997r.”.
A tamże :
„Art.8.1 . Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej.
2. Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej”.
„Art.14. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków masowego przekazu”.
„Art.54.1 Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”.
2.Cenzura prewencyjna środków masowego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane.
„Art.32. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”.
W/w wymienione artykuły zawierają treści oczywiste i nie ma potrzeby ich objaśniania. Ale pojawia się wątpliwość, czy w tej konkretnej sprawie w/w zapisy Konstytucji są stosowane bezpośrednio. A w tym, czy nie doszło tu do zastosowania cenzury prewencyjnej – co jest zabronione przez Konstytucję. Nigdy dotychczas nie spotkaliśmy się z takim podejściem sądów. A wręcz odwrotnie – sądy w olbrzymiej przewadze, są nastawione przyjaźnie i otwarcie do prasy. Więcej: pomagają nawet przez wyjaśnianie na sali rozpraw zawiłych nieraz niuansów procedur w tym aktualnych zmian w przepisach. I za to im chwała.
Każdy materiał, zanim zostanie upubliczniony, podlega ocenie przez prawników specjalizujących się w danym obszarze prawa. Taka jest praktyka z wyjątkiem tzw.transmisji na żywo. No właśnie… Nieraz obserwowaliśmy na sali sądowej, w tym w Sądzie Najwyższym, mnogość transmisji na żywo i nikomu nic nie przeszkadzało. Więcej, przewodniczący składu, z nieukrywanym zadowoleniem , przywitał prasę dodając: wiecie gdzie są gniazdka ? (do zasilania sprzętu). Zero zakazów, zero wymogu wniosków o rejestrację… Przecież nie można zakładać że SN złamał prawo… A jeśli ktoś na sali chciał być nierozpoznawalny to zakrywał twarz, albo jej fragment. Proste…
Jeśli ktoś uważa, że jego interes prawny został naruszony, to ma do dyspozycji drogę sądową  A z półsłówek króciutkiej rozmowy między obrońcą (wywołanej przez obrońcę) a Sądem wynika, że Sąd wysłał jakieś pismo do Redakcji. Nie znamy treści tego pisma, bo Sąd nie ujawnił, wspominając jeno, że odpowiedzi jeszcze nie widział. Pytanie czy oskarżeni i ich obrońcy wystosowali pismo do Reakcji – co jest powszechnie przyjętą praktyką i dobrym obyczajem. A tu poskarżyli się Sądowi – niczym przedszkolak Jasiu pani przedszkolance… Plose pani, Jadzia ukladła mi kledki… Albo „Jadzia się bije”… W tej konkretnej sprawie znane nam materiały prasowe istniejące w przestrzeni publicznej nie dają podstaw do twierdzenia, że zostały naruszone jakieś przepisy. Gdyby tak było, to odpowiednie działy w mediach społecznościowych, takie materiały usuwają. Co zresztą jest coraz częściej odbierane przez internautów jako forma cenzury. Jeśli jednak nie są usuwane, czy ograniczane, to oczywistym jest konstatacja, że nie naruszają prawa i są zgodne z obowiązującym w danym kraju prawem.

Reasume

Czyli gdzie sens, gdzie logika… Kierując się zasadami doświadczenia życiowego i logicznego rozumowania, można przyjąć dość karkołomną tezę, że najprawdopdobniej obrona i oskarżeni rozpaczliwie, a nawet desperacko, niczym Nagumo pod Midway, szukają jakiejś linii obrony. Takie ich prawo. Może takiej: oskarżeni są niewinni, bo świadkowie zeznawali, jak zeznawali, bo na podstawie relacji prasowych wiedzieli, co zeznawali inni… Czyli, że ziemia jest okrągła, bo z relacji prasowych wynika, że tak zeznawali inni..
A do tego dowiedzieli się, jak się oskarżeni nazywają…. (bo przecież się nie znają…), bo nazwiska wyczytali dopiero z wokandy w miejscu publicznym, w sądzie i nigdy nikt przez 4 lata na komendzie o sprawie nie wspominał…
Dodajmy przy tym, że oskarżeni i świadkowie pracowali w jednym budynku. A jeden z nich nadal pracuje.. I przez te 4 lata pracują w różnych zespołach o zmiennym składzie. I przez te 4 lata nigdy, przenigdy, nie rozmawiali na tak bulwersujący temat. Nigdy, przenigdy…  W mediach społecznościowych i w gazetach w ogóle burzy na ten temat nie było… W TV czy radiu to już w ogóle… To oczywiście taka krotochwila… I przez 4 lata nikt w komendzie i w policji ani słowa… ?
Czy leci z nami pilot?
A na sakramentalne pytanie Sądu, czy świadek wie w jakiej sprawie go wezwano – pada równie sakramentalna odpowiedź, że tak, wie… Należy tu podkreślić godną i  odpowiedzialną postawę świadków. Nie było ani jednego przypadku jakiejkolwiek agresji, czy niegrzeczności w stosunku do oskarżonych czy ich prawników. A wręcz przeciwnie, emanowali spokojem i kulturą w przeciwieństwie do niektórych oskarżonych, którzy nieraz usiłowali prowokować świadków. Poza tym, po co policjanci  – jakby  nie było funkcjonariusze publiczni – mieliby niby uzgadniać zeznania, czy je modyfikować pod inne  – tym bardziej, że złożyli je już ,przed laty przed prokuratorem? Jakie z tego mieliby korzyści? Oprócz ewentualnego zagrożenia karą za składanie fałszywych zeznań…
PS. Tekst ten nie jest w żaden sposób skierowany przeciw jakiejkolwiek osobie. Można i trzeba go interpretować jako dziełko amicus curiae.
Godnym uwagi jest fakt, że sędzia nie unika dyskursu z obecnymi na sali dziennikarzami. Jednak dyskurs ten w zasadzie nie zbliżył do siebie poglądów Sądu i prasy – i strony pozostały przy swoim. Smutne, ale prawdziwe. Jesteśmy jednak głęboko przekonani, że ta różnica w poglądach nie przekształci się w jakiś przedziwny konflikt – co zapewne by ucieszyło i oskarżonych i ich obrońców…
W chwili zdarzenia i potem policjanci byli jednocześnie funkcjonariuszami publicznymi. A więc sugerujemy lekturę wyroku: Wyrok Sądu Apelacyjnego w Poznaniu Wydział I Cywilny z dnia 30 grudnia 2016r. Sygnatura akt.IA Ca 728/16.

Zaszufladkowano do kategorii Bezstronność sądu, Jawność postępowania, Policja, Postępowanie dowodowe | Jeden komentarz

Kierowca uniewinniony, ale ci, którzy nielegalnie używają prędkościomierza PolCam – bezkarni

Artur Mezglewski

Istnieje prawo pisane oraz prawo niepisane. Prawo pisane jest po to, żeby utrzymywać ludzi w świecie iluzji o praworządnym państwie oraz żeby studenci mieli się czego uczyć. Natomiast prawo niepisane się po prostu stosuje. Znajomość zasad prawa niepisanego nie jest powszechna. Są różne stopnie wtajemniczenia. Najbardziej wtajemniczeni są prokuratorzy. Oni najlepiej wiedzą: co się stosuje, a co się nie stosuje.

Dobrym przykładem na istnienie prawa niepisanego jest przypadek prędkościomierza kontrolnego typu PolCam. Według prawa pisanego – tj. według art. 26 ust. 1 pkt 2  ustawy  Prawo o miarach – każdy, kto wprowadza do obrotu lub użytkowania, stosuje bądź nawet przechowuje w stanie gotowości do użycia przyrządy pomiarowe, które niespełniają wymagań – podlega karze grzywny. Natomiast prawo niepisane jest takie, że żaden prokurator oraz żaden inny organ „ochrony prawnej” (sic!) nie skieruje oskarżenia przeciwko policjantowi, który dokonuje nielegalnych pomiarów tym urządzeniem. A to, że PolCam nie spełnia wymagań, jest poza sporem.

Pocieszające jest jedynie to, że nieszczęśnicy, których policja upolowała tym trefnym przyrządem, mają jakieś szanse na uniewinnienie w sądzie. Informujemy zatem, że zapadł kolejny wyrok uniewinniający w sprawie o przekroczenie prędkości ujawnione prędkościomierzem PolCam. Moment ogłoszenia wyroku został nagrany przez naszego dziennikarza. Udostępniamy go bez cięć. Wyrok jest prawomocny.

 

Wideorejestrator PolCam, czyli przekręt stulecia

Zaszufladkowano do kategorii Administracyjne zatrzymanie prawa jazdy, Główny Urząd Miar, PolCam, Policja, Postępowanie przed sądem | 4 komentarze

Ciąg dalszy tematu rozbitej szyby w nieoznakowanym BMW i wrabianiu w szkodę „jelenia”, czyli o czym huczało i huczy na korytarzach poznańskiej komendy policji

Emil Rau, Marek Walczak, M(b)A

W maju 2019 r., na ulicy Bukowskiej w Dąbrówce koło Poznania, policjanci zatrzymali do kontroli samochód ciężarowy. Kierowcy tego auta zarzucili, że z jego przestrzeni ładunkowej spadł kamień, który miał rzekomo uszkodzić szybę w ich nieoznakowanym radiowozie marki BWM. Kierowca nie chciał zgodzić się z ich decyzją dobrze wyczuwając, że kierowanie przeciw niemu oskarżenie jest grubymi nićmi szyte. Ten mały, wymyślony przez funkcjonariuszy „kamyczek” ruszył lawinę, której następstwem jest proces sądowy, w którym oskarżonymi są czterej byli policjanci poznańskiej drogówki, w tym ówczesny naczelnik tego wydziału.

O sprawie pisaliśmy tu:

https://prawonadrodze.org.pl/policyjni-lowcy-oc-na-lawie-oskarzonych/

Sprawa ta wzbudza ogromne zainteresowanie społecznie z uwagi na okoliczności jej przebiegu i funkcje, jakie pełnili w maju 2019 r. czterej oskarżeni. Policjant swój mundur policyjny winien nosić z dumą i należnym szacunkiem, bo oznacza on, że osoba ta pełni szczególną rolę w społeczeństwie – stoi na straży ładu i porządku prawnego. Dlatego szczególne oburzenie i poruszenie obywateli wywołuje fakt, że powyższe wartości zdeptano tylko dla uniknięcia odpowiedzialności za powstałą niewielką szkodę materialną w służbowym aucie.

Ostatnia rozprawa pokazała, że o sprawie pękniętej szyby w BMW i procederze wrabiania „jelenia” w jej rzekome uszkodzenie było na komendzie od samego początku głośno, a funkcjonariusze całe zdarzenie omawiali pomiędzy sobą. I tak już od trzech lat policjanci wymieniają się informacjami, spostrzeżeniami oraz opiniami kto, co, dlaczego i co można. Powstaje więc pytanie o sens i wartość dowodową zeznań świadków, skoro były one na długo przed rozprawą dyskutowane i uzgadniane w każdym pokoju każdego piętra komendy. Zeznania kolejnych świadków są zgodne z tym, co było już wiadome przed procesem i Ameryki nikt na sali Sądu Rejonowego nie odkrywa.

Po wysłuchaniu zeznań kolejnych świadków można odnieść wrażenie, że opcje poprawiania, korygowania czy antydatowania dokumentacji służbowej, to jeden z głównych elementów pracy funkcjonariuszy, a częste konflikty interpersonalne pomiędzy zwierzchnikami i podwładnymi wynikają ze zmuszania tych drugich do podejmowania działań co najmniej wątpliwych moralnie, a czasem wręcz sprzecznych z litera prawa. Góra każe, dół robi nawet wbrew sobie, bo pojawia się „sugestia”, że ktoś może być oceniony jako nie nadający się do pracy na danym stanowisku, a przeniesienie może oznaczać np. obniżenie wysokości uposażenia. Tylko czy ktoś dziś chce pracować za wszelką cenę w zatrutej atmosferze? Czy te kilka stówek premii lub dodatku warte jest działania wbrew zasadom, żeby tylko przełożony był zadowolony?

Okazuje się również, że bycie dziennikarzem to również ryzykowny zawód. Dlaczego? Bo niebezpieczną może okazać się np. konieczność wyjścia z sali rozpraw przed jej zakończeniem. Taki przypadek skłonił przewodniczącą składu orzekającego, bez weryfikacji podstaw takiego działania, do wysnucia karkołomnej insynuacji, że relacjonująca przebieg sprawy dziennikarka Aleksandra Madej ”opuściła salę rozpraw ze względu na aspekt, który był wcześniej, a który wypłynął, tj. szkodliwości ujawniania przebiegu rozprawy poprzez umieszczenia filmów na YouTube”, co jest w naszej ocenie nieuprawnioną projekcją domysłów przewodniczącej składu, jest naruszeniem etyki zawodowej sędziego i stanowi naruszeniem dóbr osobistych dziennikarza poprzez przypisywanie wydumanego czynu zabronionego przez prawo. Nasuwa się pytanie czy przed następną rozprawą warto rozważyć założenie pieluchy dla dorosłych, by powstała nagle potrzeba naturalna, nie okazała się ponowną okazją do wylania wiadra pomyj na dziennikarza na skutek swoistych domysłów i konfabulacji.

Obowiązujące w Polsce prawo, w ty zapisy aktu nadrzędnego nad innymi, stanowią, że rozprawa jest jawna, publiczna, ogólnodostępna, ale jak było można usłyszeć i wywnioskować na przedmiotowym posiedzeniu, przewodnicząca rozprawie SSR Daria Kamińska-Grzelak jest innego zdania. Zadaniem mediów i ich dziennikarzy jest publikowanie wszelkich informacji istotnych dla dobra społeczeństwa, czasami także tych skrywanych przed opinią publiczną, więc nie jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego publikowanie materiałów jawnych miałoby negatywnie wpływać na pracę wymiaru sprawiedliwości czy stwarzać trudności w dochodzeniu do prawdy w trakcie jakiegoś procesu.

https://prawonadrodze.org.pl/policjanci-z-poznanskiej-drogowki-uslyszeli-zje-temat-a-ta-notatka-mozecie-zupy-nagotowac-ich-koledzy-zasiadaja-na-lawie-oskarzonych/

Z kronikarskiego obowiązku poinformujemy, że na ostatniej rozprawie przesłuchano kolejnych świadków. Oto najciekawsze fragmenty z tego, co można było usłyszeć na sądowej sali:

Do pokoju wszedł pan Paweł S. i polecił przepisanie kontrolki od radiowozu. Z tego co pamiętam podał kontrolkę Jackowi L.,  ale chyba to, co powiedział, czyli proszę przepisać kontrolkę, to raczej tyczyło się obu panów, z uwagi na pękniętą szybę. Chłopacy na pewno mówili o tym, że została przepisana ta kontrolka. Z plotek między policjantami usłyszałam, że Maciej K. i Paweł K. mieli wyjechać radiowozem na miasto, żeby zlikwidować szkodę z czyjejś polisy. Na korytarzach w komendzie się o tym mówiło – zeznała Monika K.

Wiedzę o tym, że jest pęknięta szyba w radiowozie, miałem po weekendzie majowym. Zadekretowałem, jak na każdych takich dokumentach, postawiłem dekretację „proszę przeprowadzić postępowanie szkodowe”. Później dowiedziałem się o sprawie, jak zaczęły być prowadzone czynności przez funkcjonariuszy Biura Spraw Wewnętrznych Policji i z doniesień medialnych – zeznał Roman Sz.

Wszystko, takie plotki, to wszystko z doniesień medialnych, jak już BSW wstawili się u nas w celu zabezpieczenia tych notatników, dopiero taki szum korytarzowy wskazywał, że mogło dojść do takiego czegoś. Z pewnością jest tak, że zarówno czynności prowadzone przez funkcjonariuszy BSWP wobec naszych policjantów z WRD są przez nas, czyli przez wszystkich funkcjonariuszy, komentowane i omawiane są między sobą – zeznał dalej.

Mamy nadzieję, że powyższe cytaty nie „położą” Sądowi możliwości dojścia do prawdy obiektywnej w przedmiotowej sprawie.

https://youtu.be/XkenTzdfyLI

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | 3 komentarze

Czy znaki drogowe ustawia Swawolny Zyzio? Część V – gmina Szemud (pomorskie)

Kilkukrotnie już poruszaliśmy temat bezpardonowego łamania regulacji prawnych dotyczących posadawiania znaków drogowych na polskich drogach. Niestety, kreatywność wszelkiej maści zarządzających ruchem (choć właściwsze byłoby określenie „znakologów”) i praktycznie pełna bezkarność za brak respektowania w swoim działaniu obowiązującego prawa sprawia, że moglibyśmy o tym pisać codziennie. Więc żeby nie zanudzać szanownych czytelników, będziemy wyławiać i opisywać wybitne „perełki” przydrożnej twórczości. W tej kategorii nie sposób pominąć tego, co się jeszcze niedawno działo na terenie gminy Szemud.

W naszej działalności widzieliśmy już wiele – znaki wg własnych projektów, ustawianie ich tak, że stanowiły realne niebezpieczeństwo dla pieszych, czy też lica wydrukowane na folii magnetycznej i nalepiane wtedy, kiedy było to potrzebne do łapanki z pseudofotoradarem, urządzanej przez lokalną straż gminną. Ale błyskawicznego ustawiania znaków na podstawie telefonicznej „sugestii” od anonimowego „sygnalisty” – no tego jeszcze nie przerabialiśmy.

Nie będę ponowie przytaczał regulacji prawnych, które dotyczą materii związanej z zarządzaniem ruchem na drogach, czyli m.in. umieszczaniem znaków drogowych. Uważni czytelnicy naszego pisma wiedzą już zapewne dokładnie, co to Ustawa prawo o ruchu drogowym oraz wydane na podstawie delegacji tego aktu rozporządzenia odpowiednich organów:

  • w sprawie znaków i sygnałów drogowych;
  • w sprawie szczegółowych warunków technicznych dla znaków i sygnałów drogowych oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego i warunków ich umieszczania na drogach;
  • w sprawie szczegółowych warunków zarządzania ruchem na drogach oraz wykonywania nadzoru nad tym zarządzaniem.

Niestety, lektura ze zrozumieniem powyższych aktów nie należy do najmocniejszych stron wielu zarządców dróg. A może zrozumienie jest, tylko dochodzi barejowska zasada „nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”.

Jesienią 2021 r. udałem się do położonej nieopodal Gdyni malowniczej miejscowości Bojano, otrzymałem bowiem od p. Rozalii (imię zmienione, mieszkanka jednej z ulic) informację, że znaki drogowe potrafią się tam znienacka pojawiać lub „wędrować” pomiędzy ulicami, a dzieje się tak wtedy, kiedy ktoś zainteresowany ich postawieniem ma dobre relacje z urzędem  przy ul. Kartuskiej w Szemudzie. Powodem skierowanej prośby o interwencję dziennikarską była „spontaniczna” zmiana lokalizacji znaku A-7 przez przeniesienie go pomiędzy ulicami na skrzyżowaniu ul. Wiosennej z ul. Słoneczną. Stało się to najprawdopodobniej dlatego, bo tak zażyczył sobie jeden z mieszkańców ul. Wiosennej, który nie chciał „ustępować” tym ze Słonecznej, a podobno ma „odpowiednie” kontakty w UG.

Takie nagłe, „przypadkowe” pojawiania się znaków zdarzały się już wcześniej, wskazano mi inną lokalizację – znajdujący się niedaleko głównej ulicy w Bojanie utwardzony placyk, na którym jeden z mieszkańców od czasu do czasu parkował swój samochód ciężarowy. Nie spodobało się to innemu mieszkańcowi (ach, ta sąsiedzka życzliwość), który też ma chyba dobre „dojścia”, więc znienacka pojawił się na jednym z wjazdów na ów placyk znak B-1 …

By ustalić stan faktyczny, wystąpiłem do Wójta Gminy Szemud o przesłanie mi kopii zatwierdzonych i obowiązujących planów organizacji ruchu dla obszaru dróg gminnych/wewnętrznych, przy których ww. znaki ustawiono. Odpowiedzi udzielono w dn. 29 IX 2021 r., pismem znak GK.7000.204.2.2021, podpisanym przez z-cę Kierownika Referatu Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska Ewę Sykut, w której przekazano, że dla wskazanych obszarów organ zarządzający ruchem nie sporządził projektów organizacji ruchu, a znaki posadowiono w trybie „nieregulującym zasad ruchu drogowego” (sic!!!), „w trybie interwencyjnym” i w stanie „wyższej konieczności” (???), Przepraszam, a jaki to akt prawny reguluje te dwa pierwsze tryby i jakie przesłanki się pojawiły, że powołano się na wyższą konieczność? Kilka wypadków dziennie? Czarny punkt? Stałe dyżury lawet i karawanów w pobliżu przedmiotowego skrzyżowania? Nie, te działania podjęto na podstawie jednego telefonicznego zgłoszenia od „anonimowego” mieszkańca, na drogach wewnętrznych, o minimalnym natężeniu ruchu, gdzie do tej pory nie odnotowano absolutnie żadnych zdarzeń związanych z zagrożeniem zasad bezpieczeństwa …

Przez kilka lat działalności w SPnD spotykałem się już z wieloma kuriozalnymi określeniami, samowolnymi działaniami, tworzeniem własnej, wirtualnej rzeczywistości, itp. – ale to pismo sprawiło, że wyskoczyłem z kapci! Jak to musiało się odbyć? Telefon „Panie wójcie, uprzejmie donoszę, że w Bojanie, wie pan gdzie, na piaszczystej, osiedlowej drodze, dzieje się Sodoma i Gomora! Strach wyjechać, strach wyjść, dzieci płaczą, kury jaj nie niosą!”. Jeszcze słuchawka nie wylądowała na widełkach, a już był naciśnięty guzik alarmowy i natychmiast dzielna brygada operatorów pobrała z magazynu łopatę, ile koni fabryka pod maską dała pognała do miejsca ze zgłoszenia i kierując się stanem wyższej konieczności, bez zbędnej zwłoki, wykopała A-7 z ul. Wiosennej i wstawiła pod płot jednej z posesji na ul. Słonecznej … Gotowy scenariusz do kolejnej części „Mission impossible”!

Odkładając na bok narzucającą się ironię należy stwierdzić, że udzielona przez Urząd Gminy w Szemudzie odpowiedź wskazuje, że organ ten ma świadomość stanu prawnego i wymogów związanych z realizacją zadań związanych z zarządzaniem ruchem, a mimo to część prac związanych z posadowieniem znaków dokonuje w sposób nieformalny, na podstawie jakichś lokalnych, prywatnych ustaleń (powiadają, że to może się dziać np. po gminnym, plenerowym raucie), uzasadniając to jakimiś irracjonalnymi, pozaprawnymi stanami. Prowadzi to do przerażającego wniosku, że zarządzanie ruchem na drogach gminy Szemud odbywa się nie na podstawie aktów prawnych, a przekazywanego telefonicznie festiwalu życzeń od „anonimowych” mieszkańców – wystarczy zadzwonić do UG w Szemudzie, nie przedstawić się, i w ten sposób załatwić sobie ustawienie np. ograniczenia prędkości, zakazu parkowania, itp.

Należy zauważyć, że ulice Wiosenna oraz Słoneczna w Bojanie są DROGAMI WEWNĘTRZNYMI, które na podstawie art. 1 ust. 1 pkt. 1 PoRD są wyłączone spod regulacji tego aktu prawnego (z jednym, specyficznym wyjątkiem)! Dlatego niezrozumiałe jest, dlaczego Urząd Gminy posługuje się pojęciami, które mają zastosowanie wyłącznie dla dróg publicznych, stref ruchu oraz stref zamieszkania. O ul. Wiosennej nie można mówić jako o „drodze twardej” – w sensie znaczenia zdefiniowanego w art. 2 pkt. 2 PoRD, gdyż dla dróg wewnętrznych ustawodawca NIE PRZEWIDZIAŁ ŻADNYCH WYRÓŻNIAJACYCH ICH „STATUSÓW”, niezależnie od rodzaju nawierzchni, jaką posiadają. W przedmiotowym przypadku nie można tworzyć własnych „rodzajów” dróg wewnętrznych i wprowadzać „szemudzkich” zasad ruchu, na podstawie bezprawnych analogii z regulacjami dotyczących dróg publicznych! Warte podkreślenia jest to, że zarządzający drogami wewnętrznymi UG Szemud nie zauważył, że dla połączenia ulic Wiosennej i Słonecznej nie można stosować regulacji art. 17 ust. 1 PoRD, bo przejazd z jednej drogi wewnętrznej na inną NIE JEST WŁĄCZANIEM SIĘ DO RUCHU – choćby jedna z nich była droga gruntową, a na drugiej wybudowano infrastrukturę autostradową (in sensu legis, jako drogi wewnętrzne, obydwie maja taką samą „rangę”). Prawidłowym w takim miejscu jest tylko jedno zachowanie – zastosowanie regulacji art. 25 pkt 1 w związku z art. 1 pkt 2 ust. 1 PoRD, czyli tzw. reguły prawej ręki.

Ponieważ Gmina Szemud nie okazywała chęci przywrócenia stanu zgodnego z prawem, złożone zostało do KPP w Wejherowie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przez Wójta (jako organu zarządzającego ruchem) wykroczenia z art. 85 § 1 k.w., poprzez umieszczenie w dwóch lokalizacjach znaków B-1 oraz A-7 – mimo braku sporządzenia i zatwierdzenia wymaganego prawem projektu organizacji ruchu. Policja wszczęła postepowanie, które potwierdziło fakt złamania prawa, a wójta ukarano udzieleniem pouczenia. Wkrótce po tym znaki tak tajemniczo, jak się pojawiły, tak i zniknęły.

Mamy nadzieję, że ta lekcja spowoduje, że na terenie gminy Szemud – przynajmniej w kwestii znaków – od tej pory wszystko będzie lege artis. Inaczej znowu będziemy musieli się pojawić i podjąć stosowne działania w trybie „nieregulującym, interwencyjnym i wyższej konieczności„.

Zaszufladkowano do kategorii Informacja publiczna, Interwencja dziennikarska, Organizacja ruchu, Samorząd terytorialny, Zarząd dróg, Znaki drogowe | Jeden komentarz

Policjanci z poznańskiej drogówki usłyszeli „Zje… temat, a tą notatką możecie zupy nagotować”. Ich koledzy zasiadają na ławie oskarżonych..

Aleksandra Madej, Emil Rau

Czego można dowiedzieć się z toczącej się przed poznańskim sądem rozprawy (syg. III K 840/21) będącej następstwem patologii ujawnionej w środowisku „drogówki”? Na przykład tego, że załatwienia wielu spraw wewnątrz komendy, takich jak np. grafiki służby, urlopów, otrzymanie premii, itp. można dokonać przy pomocy „butelek, co się nie toczą”. Widzimy obraz przyzwolenia na przepisywanie notatników służbowych w celu uzyskania „pożądanych treści”, łamanie charakterów i zasad, gigantyczne tarcia personalne pomiędzy wydziałami i poszczególnymi szczeblami dowodzenia, zmuszanie podległych policjantów do zakupu prywatnych ubezpieczeń OC, które i tak nie chronią przed karami dyscyplinarnymi nawet w przypadku zdarzeń losowych. Światło dzienne ujrzało też zjawisko niezrozumiałego nieujawniania szkód powstałych przypadkowo w pojazdach policyjnych, a następnie załatwiane ich napraw w warsztatach u znajomych na szemranych zasadach (czyli będziesz miał oficjalne zlecenia, a „to” napraw „dla mnie”). Najgorsze w tym wszystkim jednak jest to, że w instytucji, która ma stać na straży ładu i porządku prawnego przełożeni wywierali na podwładnych presję, aby ci, rzekomo dla dobra służby, dopuszczali się popełniania czynów przestępczych.

Akt oskarżenia prokuratorskiego ujawnił, że kto odpowiednio donosił przełożonym na kolegów i używał w kontaktach z szefostwem „wazeliny”, ten miał nagrody, awanse czy „przyjemny” rozkład służby, a ci, co chcieli pracować uczciwie, zgodnie z zasadami i rotą przysięgi, byli piętnowani i gnębieni na wiele sposobów. Uczciwi policjanci nauczyli się, że trzeba robić zdjęcia wszelkich pobieranych środków wyposażenia i transportu, grafików czy notatników, inaczej mogli liczyć na niespodziewane zmiany w ich treści, tajemnicze zniknięcia, czy usiłowanie przypisywania im odpowiedzialności za „czyjeś” uszkodzenia. Doprowadziło do powszechnego brak zaufania i prawidłowych relacji pomiędzy funkcjonariuszami, powstała wręcz armia patoprzełożonych, dla których fundamentem pracy było wymuszanie na zwykłym, szeregowym policjancie, wykonywania pracy nie pod kątem realnej służby społeczeństwu, ale z ukierunkowaniem na realizację narzucanych odgórnie parametrów statystyk.

Czy dziś policjantowi, który stoi na straży porządku prawnego, można więc ufać? Czy sądy powinny nadal tak bardzo uznawać za wiarygodne zeznania funkcjonariuszy, kierując się przekonaniem, że zostały złożone przez nieposzlakowane osoby wykonujące zawód zaufania publicznego? Nad tym  trzeba się poważnie zastanowić. Dziś szeregowy funkcjonariusz musi mieć potężny kręgosłup moralny i mieć odwagę jak Zełeński, żeby w służbie być uczciwym i zgodnie ze złożoną przysięgą strzec prawa, porządku i bezpieczeństwa społeczeństwa, bo oznacza to liczne „problemy”, np. w otrzymywaniu nagród, premii czy awansów.

Zdarzenie będące przyczyną opisywanego procesu miało miejsce 2 maja 2019 r., kiedy to doszło do próby wrobienia niewinnego kierowcy w uszkodzenie przedniej szyby nieoznakowanego radiowozu marki BMW – szkodę ujawnili funkcjonariusze pobierający pojazd do służby, a nikt nie chciał się przyznać do jej spowodowania. Policjanci poznańskiej drogówki wpadli więc na „genialny” pomysł, aby winą obarczyć przypadkowego kierowcę samochodu ciężarowego, któremu mieli zarzucić, że to spod jego kół wyleciał kamień i rozbił szybę w policyjnym radiowozie. Na szczęście ten plan zniweczył swoja czujnością wytypowany „na jelenia” kierowca pojazdu przewożącego kruszywo, a w rezultacie sprawa uszkodzenia szyby doprowadziła do oskarżenia czterech byłych policjantów poznańskiej drogówki.

O sprawie pisaliśmy:

https://prawonadrodze.org.pl/policyjni-lowcy-oc-na-lawie-oskarzonych/

Na ławie oskarżonych zasiadło czterech funkcjonariuszy:

  • Paweł S., został oskarżony o przekroczenie swoich uprawnień, bo posiadał wiedzę o uszkodzonej szybie i zlecił swoim podwładnym zmianę zapisów w kontrolce auta, a potem „zasugerował” wyjazd uszkodzonym radiowozem poza komendę celem znalezienia „jelenia”, czyli rzekomego sprawcy szkody;
  • Paweł K. i Maciej K. odpowiadają za przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków oraz za składanie fałszywych zeznań, gdyż wg prokuratury to oni upozorowali fikcyjne zdarzenie drogowe i prowadzili w jego kierunku postepowanie;
  • Przemysław K., pełniący wtedy obowiązki naczelnika Wydziału Ruchu Drogowego KMP w Poznaniu, został oskarżony o niedopełnienie obowiązków, gdyż wg prokuratury posiadał on wiedzę o tym, że jego podwładni tworzyli fałszywe dowody, a mimo to nie podjął żadnych działań.

W czwartek 12 maja 2022 r., przed Sądem Rejonowym Grunwald i Jeżyce odbyła się druga rozprawa. W jej trakcie Sąd przesłuchał dwóch świadków, funkcjonariuszy policji, którzy chcieli sprawę uszkodzonej szyby w BMW załatwić w sposób zgodny z prawem.

Pierwszy zeznał Krzysztof G.: „Cała sytuacja zaczęła się od wykonania obsługi codziennej pojazdu służbowego BMW, w której ujawniliśmy pękniętą szybę czołową pojazdu, która była umiejscowiona na wysokości lusterka wstecznego po stronie dysponenta, czyli pasażera pojazdu. Pęknięcie miało ok. 10-15 cm długości. Była to pojedyncza rysa pozioma. Na tę okoliczność dokonaliśmy odpowiednich wpisów w notatnikach służbowych oraz w kontrolce radiowozu. Informacja poszła też do kontrolnego, który nas odprawiał. Informacja poszła również do kierownika referatu. W następnym dniu roboczym po majówce, do pokoju przyszedł Paweł S., przyniósł ze sobą notatkę sporządzoną przez Jacka, miał ze sobą oryginalną kontrolkę oraz duplikat kontrolki radiowozu. Paweł S. zwrócił się do nas, byśmy przepisali kontrolkę, nie wpisując uszkodzenia pękniętej szyby. Jacek stwierdził, że nic takiego robił nie będzie.”

Krzysztof G. i Jacek L. dali do zrozumienia, że nie pójdą na żadne matactwa. „W dniu 6 maja o godzinie ok. 8.00 przyszedł do pokoju Paweł S. i powiedział, że cytuję „zjeb… temat”, trzeba było od razu wyjechać na miasto, znaleźć jakiegoś „ciężarka” i wtedy to zgłosić. Powiedział, że tą notatką możemy sobie, powiedział coś w stylu – zupy nagotować” – mówił dalej Krzysztof G. Po tej rozmowie – już bez wiedzy Krzysztofa G. i Jacka L. – rozpoczęło się „polowanie na jelenia” przez Macieja K. i Pawła K., którzy dokonali owego wyjazdu „poza komendę” i zatrzymali przypadkowego kierowcę samochodu ciężarowego, któremu usiłowali wmówić, że to spod jego auta wyleciał kamień i uderzył w przednią szybę radiowozu, co spowodowało jej uszkodzenie. Kierowca auta ciężarowego z decyzją się nie zgodził. W efekcie tego zdarzenia dla policjantów rozpoczęły się poważne kłopoty, bo o sprawie zrobiło się na tyle głośno w policji, że nie uszło to uwadze Biura Spraw Wewnętrznych KWP w Poznaniu, które postanowiło zbadać całe zdarzenie.

„Kiedy we wrześniu dowiedziałem się, że Biuro Spraw Wewnętrznych interesuje się sprawą szyby, na korytarzu usłyszałem, że doszło jednak do zrobienia kolizji z tą szybą. Skontaktowałem się przez komunikator WhatsApp z naczelnikiem Przemysławem K. prosząc o spotkanie. Spotkaliśmy się na parkingu przy sklepie Tesco. Przedstawiłem mu tą sytuację. Pan Przemysław K. stwierdził, że wiedział o tej sytuacji, ale zbyt daleko to zaszło i musi w tym tkwić. Zasugerował przepisanie notatnika, żeby nie było jakiegoś punktu zaczepienia. – opowiadał Krzysztof G.

Przesłuchiwany świadek dodał, że był rozczarowany rozmową z naczelnikiem Przemysławem K. i chciał ją jak najszybciej zakończyć. Dodał również, że później dowiedział się, że ich notatniki są poszukiwane w archiwum. Notatnik Jacka „zaginął”, jego natomiast był zamknięty w skarbczyku, ale na polecenia naczelnika miał mu go przynieść. „Zaniosłem ten notatnik. Powiedziałem, że mogą sobie robić z nim co chcą, ale i tak go nie przepiszę. Następnego dnia podszedł do mnie naczelnik mówiąc, że mojego notatnika nie ma i dobrze, gdybym za dużo nie pamiętał” – dodał.

Na rozprawie przesłuchano drugiego świadka Jacka L., który zgłosił fakt pękniętej szyby w nieoznakowanym pojeździe marki BMW. Zeznał on m.in: „Było to już we wrześniu, zadzwonił do mnie Krzysztof i powiedział, że do Wydział Ruchu Drogowego przyszły wezwania na przesłuchania do BSWP w sprawie tej uszkodzonej szyby. Potem Krzysztof jeszcze kilkukrotnie ze mną rozmawiał, i w czasie jednej z rozmów powiedział, że rozmawiał o tej sprawie z naczelnikiem Przemysławem K., a ten powiedział mu, że dobrze by było, żebyśmy we dwóch przepisali notatki. Po kilku dniach przyszedł do nas Paweł S. i powiedział, że mamy przepisać tą naszą kontrolkę, ale bez wpisu o ujawnieniu uszkodzenia. Powiedział, że jak wypiszemy kontrolki, to mamy wziąć ten samochód, pojechać na miasto i znaleźć okazję, żeby zgłosić, że został ten samochód uszkodzony przez jakiś na przykład kamień, który wyleciał spod kół innego pojazdu. Jednoznacznie z Krzysztofem powiedzieliśmy, że nie zrobimy tego ani też nie przepiszemy kontrolki, ani nie sfingujemy tego zdarzenia – opowiadał Jacek L.

Na czwartkowej rozprawie, która trwała 3 godziny, pojawiło się dwóch z czterech oskarżonych. Były naczelnik Przemysław K. konsekwentnie zaprzeczał stawianym mu zarzutom. Na rozprawie oskarżeni, jak również ich obrońcy, głównie skupili się na pierwszym świadku Krzysztofie G., twierdząc, że jego zeznania są wynikiem faktu, że był z nimi skonfliktowany i to dlatego próbuje ich pogrążać. Natomiast Paweł S., który podczas śledztwa przyznał się do zarzucanych mu czynów, a na pierwszej rozprawie częściowo zmienił wyjaśnienia wykazywał, że nie mógł wydać polecenia i kazać policjantom szukać „ciężarka”, bo nie był ich przełożonym. Dwóch pozostałych oskarżonych nie pojawiło się na rozprawie (wszyscy odpowiadają „z wolnej stopy”).

Relację z przebiegu drugiej rozprawy można obejrzeć na kanale Piękna i Bestia TV

https://www.youtube.com/watch?v=Gla5XmzcIPU

Zaszufladkowano do kategorii Policja, Postępowanie przed sądem, Sąd, Uncategorized, Wydarzenia | 2 komentarze